niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 2

Gdy zobaczyłam jak Ana i John się całują nie mogłam powstrzymać łez, choć nawet sama nie wiem czemu. Pobiegłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz.
-Nika otwórz!
- Nie! Idź sobie!
- Proszę wpuść mnie.
- Nie! Idź sobie bo łacina pójdzie!
- Ej, Niki to chociaż wpuść mnie.-wtrącił się chłopak
- Boże weźcie mnie ludzie zostawcie w spokoju!- Krzyknęłam i wyszłam na balkon. Już nie raz schodziłam po balkonach, więc po prostu przeszłam przez barierkę. Już miałam schodzić gdy przypomniałam sobie o czymś. Wróciłam do pokoju i chwyciłam telefon, słuchawki, torebkę w której był portfel i znowu rozpoczęłam schodzenie. Niestety piętro niżej był balkon naszego drugiego najlepszego przyjaciela, Samuela. Oczywiście Sam był u siebie i kiedy zeskoczyłam na jego balkon, spojrzał w moją stronę. Czym prędzej zeszłam na następny balkon.
-Hej Nika gdzie idziesz?
- Na dół!- powiedziałam skacząc na następny balkon.
- No to mogę iść z tobą?
- Jak chcesz!- powiedziałam i zeskoczyłam na trawę pod blokiem. Zaczęłam po niej biec ile sił w nogach.
- Ej czekaj!- usłyszałam głos chłopaka, ale nic sobie z tego nie zrobiłam i biegłam dalej. Najpierw do parku a potem do centrum. Tam zwolniłam i zaczęłam się rozglądać za jakąś kawiarnią, bo miałam ochotę na loda. Dostrzegłam jakąś małą i weszłam do niej. Zamówiłam porcję lodów miętowych, do których mam straszną słabość, i zajęłam miejsce przy stoliku. Rozległ się dzwonek mojej komórki. Spojrzałam na wyświetlacz. To Sam dzwonił, ale to zignorowałam. Po chwili dostałam lodowy przysmak. Ta delikatna, zamrożona chmurka smakująca miętą i gorzką czekoladą, łączące się w pysznym tańcu, pieszczącym podniebienie lepiej niż kochanek. Zjadłam, zapłaciłam i wyszłam. Chodziłam sobie po mieście w tę i we wte bez najmniejszego celu. Nagle usłyszałam huk za sobą. Obróciłam się i ujrzałam wielki obłok dymu który... opada na miasto! Budynek z którego się unosił był laboratorium, w którym powstawał jakiś nowy cuś, który miał leczyć ludzi. Instynkt podpowiadał mi że ten dym robi coś zupełnie odwrotnego. Zaczęłam biec w stronę domu, jednocześnie wybierając numer Sama. Po trzech dzwonkach odebrał.
- Halo? Nika? Gdzie jesteś?
- Biegnę do domu. Czekaj na mnie razem z Aną i Johnem przed budynkiem!- Krzyknęłam w biegu i rozłączyłam się. Schowałam telefon i sprintem pobiegłam do domu. Stali tam. Cała trójka.
-Co jest?- spytała moja siostra, gdy się zbliżyłam na tyle bym mogła ich usłyszeć.
-Właśnie Niki wytłumacz co się dzieje.- wtrącił się John
- Chodźcie po prostu! Później wam opowiem.- powiedziałam biegnąc do naszego mieszkania. Wpadłam do niego jak burza.
- Tato!- krzyknęłam na cały dom
- Tak skarbie? Co się stało?- spytał nasz tata wychodząc z kuchni. Był to postawny mężczyzna koło czterdziestki.
- Tato czy w waszym laboratorium nie było przed chwilą jakiegoś wybuchu?- Po moich słowach twarz taty stężała. Skoczył do kanapy na której leżał pilot. Włączył telewizor, akurat leciały wiadomości.
-.... W centrum Tokio doszło dziś do wybuchu. Z laboratorium Hironagamisako ulotnił się niezidentyfikowany obłok gazu. Spowił on już całe centrum, przez co miasto zostało sparaliżowane. Przypuszczamy iż dym ten może być niebezpieczny....- reszta informacji była tylko głupim gadaniem. Spojrzałam na ojca. Jego twarz zamarła w wyrazie przerażenia.
- Nika, Ana, Sam, John chodźcie. Muszę wam coś dać.- Powiedział i poprowadził nas do swojego domowego laboratorium. Tam wziął kilkanaście fiolek i nam podał ze słowami "wypijcie to". My z Aną dostałyśmy dwa razy więcej do spożycia. Gdy wszyscy już wypiliśmy, ojciec kazał nam zostać w pomieszczeniu, a sam pobiegł po mamę. Wirus zaczął się rozprzestrzeniać. Już niedługo mieliśmy zostać jednymi z ostatnich na ziemi.
***
No to mamy to! Rozdział oczami Niki i wyjaśnienia ;) No niby jest rozdział ale czytających ni widu ni słychu. Jesteście tu z nami!? Dajcie znak w komentarzu a ja lecę pisać dalej
Nika

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz